Wincyj prondu! Czyli o zasilaczach słów kilka…
Kiedy do głowy wpadł mi pomysł ze składaniem komputera pod Windows XP w głowie miałem tylko płytę, procesor, RAM, grafikę i ewentualnie dyski, napędy czy karty rozszerzeń. O zasilaczu pomyślałem tak naprawdę już w chwili, gdy projekt był na dość zaawansowanym etapie rozwoju, co właśnie zaczyna odbijać mi się czkawką. Porządne i stabilne źródło prądu w komputerze jest dużo ważniejsze, niż można by się było tego spodziewać.
Co to jest ten zasilacz?
Jak każdy fan komputerów (i informatyki w ogóle) miałem w swoim życiu okazję pracować z dziesiątkami, jeśli nie z setkami różnych komputerów, serwerów i innych urządzeń czerpiących prąd do pracy z zasilaczy. Zasilacz to prosta jednostka zmieniająca dostępny w gniazdku prąd zmienny 230V w prąd stały o napięciu 12V, 5V oraz 3,3V (plus kilka innych napięć, ale to już dalej sterowane jest przez płytę główną i pozostałe komponenty). W zależności od jakości wykorzystanych do budowy zasilacza komponentów na wyjściu uzyskamy różną wydajność, szczególnie dla granicznego obciążenia zasilacza. Każda linia posiada bowiem osobne zabezpieczenia i podpięcie urządzeń o sumarycznym zużyciu 400W do zasilacza, który ma graniczną moc 450W może sprawić, że komputer w ogóle nie wystartuje. Okaże się bowiem, że na linii 12V zasilacz obsługuje do 320W obciążenia, a pozostały zapas pozwala na pracę urządzeń zasilanych napięciem 5V oraz 3,3V, a 450W na naklejce dotyczy obciążenia sumarycznego.

To, co napisałem powyżej jest ogromnym uproszczeniem, lecz pozwala zrozumieć ogólny zarys działania zasilacza. Należy bowiem zwrócić uwagę także na maksymalny amperaż zasilacza, a także amperaż poszczególnych linii. Im wyższy amperaż tym lepiej radzi sobie z chwilowymi skokami poboru mocy, nie tylko z poborem ciągłym. Dlatego właśnie zależy nam na tym, aby amperaż był jak najwyższy, dzięki czemu zasilacz będzie pracował stabilnie i bez zakłóceń. To zostawiam jednak do samodzielnego doczytania, przejdę teraz do tematu dla mnie ważniejszego, czyli opisu moich doświadczeń z najróżniejszymi zasilaczami. Będzie też trochę o paleniu sprzętu…
Moje doświadczenia z zasilaczami
Na początku przygody, jak chyba większość z nas, nie miałem pojęcia o jakości komponentów. Nie wiedziałem, że zasilacze mogą być lepsze, gorsze czy nawet śmieciowe. W pierwszym komputerze miałem zasilacz Codegen o mocy 350W, który zasilał Athlona 3600+ i Radeona HD 3650. Wszystko działało – komputer się włączał, działały programy, grałem w gry. Zasilacz ten wytrzymał bez problemu bardzo długo i nie miałem z nim żadnych problemów. W międzyczasie u znajomych przewijały się marki – Mustang, Feel, 4Power, Aspire, TakeMe, Ultron a nawet takie, które w ogóle nie miały marki. I wiecie co? Wszystko działało, a każdy grał w gry, nagrywał płytki i korzystał z komputera po kilka godzin dziennie.
Z czasem jednak komputery zaczęły być za słabe. Zaczęły wychodzić takie gry jak Mirror’s Edge, Dead Space, nowe gry z serii Need for Speed, Call of Duty i sprzęt zaczynał niedomagać. Niektórzy nie mogli pozwolić sobie na wymianę całego PeCeta, dlatego szli w poszczególne komponenty i się zaczęło. Ktoś dołożył nowy procesor, ktoś zmienił grafikę, jeszcze ktoś inny dokupił RAM, a że „byłem znany z tego, że się znam”, to zapraszali mnie na montaż. Na miejscu okazywało się, że z nowym procesorem czy RAM-em komputer nie wstaje (dowiedziałem się czym jest TDP i pobór mocy) a że do karty graficznej nie ma odpowiedniej wtyczki zasilania. Zacząłem wtedy bliżej przyglądać się zasilaczom i znalazłem w sieci „czarną listę”. Nagle każdy kolejny zasilacz, który miałem okazję sprawdzać okazywał się jednym z tych najgorszych. To właśnie wtedy poznałem te dobre konstrukcje – Thermaltake, Cooler Master czy CORSAIR. Oczywiście nie każdego było stać na topkę, więc pojawiały się też średniaki od OCZ, Chieftec czy Antec, ale w końcu były to zasilacze, przy których sprzęt nie pracował na ostatnim tchu i nie trzeba było obawiać się upalenia sprzętu.

U mnie było podobnie, w końcu zacząłem wymieniać sprzęt, aż finalnie wylądowałem na platformie AMD z prockiem AMD Phenom II X6 i grafiką GTX 650, które już coś tam prądu potrzebowały (szczególnie CPU). W komputerze wylądował zasilacz Modecom 450W, który dawał radę i nie miałem z nim wcześniej problemów. Był to okres, w którym dopiero poznawałem różnice między dobrymi i słabymi zasilaczami, a mój zasilacz raz był na polecanych, raz na odradzanych listach. Jako, że działał poprawnie po prostu korzystałem z PeCeta i nie przejmowałem się zbytnio opiniami w sieci. To był błąd, bo pewnego dnia przy uruchamianiu komputera z karty graficznej zaczęły strzelać rozgrzane kondensatory i rezystory (jednostka stała na biurku i miałem zdjętą obudowę, efekty były niesamowite). Diagnoza? Oczywiście spalona karta, lecz przyczyną okazało się zwarcie na zasilaczu…
To był dla mnie moment przełomowy i w każdym kolejnym zestawie składanie zaczynałem właśnie od zasilacza i przeznaczałem na niego znaczną część kwoty z nastawieniem na późniejszą rozbudowę. W kolejnym PeCecie zainwestowałem w zasilacz Thermaltake z zapasem mocy 200W i certyfikatem 80+ Gold. Składając zestaw dla szwagra poleciłem podobną konstrukcję od SilentiumPC, a innego znajomego namówiłem do zrezygnowania z „no-name” na poczet Corsaira. Przejdźmy zatem do mojego zasilacza, którego używam w zestawie pod PeCeta XP.
Dlaczego ten OCZ?
Zasilacz, z którego korzystam to OCZ 500SXS o mocy 500W. W czasie premiery był bardzo dobrym wyborem i pozwalał na bardzo wydajną pracę komponentów. Jest to jednak konstrukcja z lat 2007-2008, czyli sprzed prawie 20 lat. Niesie to za sobą pewne konsekwencje, których nie przewidziałem, a mianowicie utratę stabilności pracy. Przekonałem się o tym już dwukrotnie – pierwszy raz podczas podkręcania procesora (brak startu na zegarze 300 MHz, chyba, że odłączę napęd DVD), a drugi raz podczas pracy z kartą MSI GeForce 8800 GTS, którą testowałem do przyszłych wpisów. Niestety, ale z połączenia pracy niestabilnego zasilacza, słabej płyty głównej i zbyt wysokiej temperatury wyszła mieszanka wybuchowa, która spaliła mi kartę…

Choć minęło już trochę czasu od zdarzenia, to nadal nie mogę przeżyć faktu, że upaliłem taką piękną kartę po zaledwie 10 minutach grania w Obliviona. Czasu jednak nie cofnę i jedyne co mogę zrobić to zabezpieczyć się na podobne zdarzenia w przyszłości. Moje wątpliwości dotyczą dwóch komponentów – zasilacza (brakuje mu energii) oraz płyty głównej (bardzo słaby chipset). Konieczne będą więc zmiany…
Czy będzie zmiana?
Tak, zmiana jest konieczna, jeśli chcę mieć swojego PeCeta XP pracującego bez żadnej zadyszki. Po zrobieniu dogłębnej analizy doszedłem do wniosku, że zamiast średniej konstrukcji z dużym zapasem watów wolę mocną konstrukcję z lekkim zapasem watów. Do mojego zestawu zasilacz 450W będzie idealny, szczególnie przy konstrukcji z certyfikatem 80+. Na ten moment upatrzyłem sobie konstrukcję Corsair CX450M, który oprócz wymaganych przeze mnie parametrów i standardowych złączy prądowych posiada także złącze 4+4 PIN do płyty głównej oraz 6+2 PIN do karty graficznej.

A teraz ciekawostka, po co w ogóle potrzebne mi takie złącza. Udało mi się odkopać moją płytę ASUS P5Q-Deluxe, która pozwala na montaż procesorów Core 2 Quad, a przez to wymaga właśnie 8-PINowego zasilania gniazda CPU. Zamówiłem też okazyjnie kartę graficzną Palit GeForce 8800 GT, która posiada 512 MB Pamięci GDDR3 i potrzebuje dodatkowego zasilania na 6 PIN. Na tej płycie wszystkie komponenty dosłownie odżyją – CPU nie będzie duszony przez chipset, RAM zacznie pracować w Dual Channel, dysk twardy przyspieszy a karta graficzna nie będzie miała bottlenecku na gnieździe PCI-Express. Czy tylko ja mam wrażenie, że im więcej czytam i dowiaduję się o swoim sprzęcie, tym więcej nie wiem? Patrząc na ilość rzeczy na płycie P5Q-Deluxe aż boję się zacząć wczytywać w jej możliwości…
Filed under: Uncategorized - @ 7 kwietnia, 2026 10:25 am